Wyszyj mi swój ból Drukuj Email
Autor: Donata Maliszak   
piątek, 20 września 2013 01:00

Kolumbijska prowincja Arauca to region, w którym Kościół Jezusa Chrystusa dotykają ciężkie prześladowania ze strony organizacji paramilitarnych.

Właśnie tutaj, przez trzy dni, wdowy - które w wyniku prześladowań straciły mężów - wspólnie wyszywały tkaniny, dzieląc się za ich pośrednictwem swoimi smutnymi historiami.

Za pomocą zwykłych igieł, nici i skrawków materiału przedstawiały swoje przeżycia, dodając sobie przy tym nawzajem otuchy.

Efektem końcowym były hafty przedstawiające sceny zabicia lub porwania ich najbliższych, ale też przyjaźnie, jakie zawiązały się między wyszywającymi.

***

„Czego potrzebujesz?”

„Materiału w kolorze zielonym”.

„Czy ten będzie dobry?”

„Nie, powinien być jaśniejszy”.

„Może ten?”

„Tak... właśnie taki. Tego dnia mój mąż... On miał na sobie koszulę w takim kolorze. Lubiłam go w tej koszuli...”.

***

„Mary, czy moje ubranie jest już gotowe?” - z łazienki wychylił się mężczyzna z ręcznikiem przewieszonym przez ramię.

„Tak. Wisi na oparciu fotela” - odpowiedział młody, kobiecy głos.

Mężczyzna odłożył ręcznik i wszedł do pokoju. Nałożył świeżo wyprasowaną zieloną koszulę. Jego żona, Mary odstawiła żelazko na bok i podeszła, by poprawić mu źle wywinięty kołnierzyk.

„Wychodzisz już czy zdążysz jeszcze wypić kawę?” - zapytała.

„Jeśli jest gotowa, to chętnie wezmę kilka łyków. Zapowiada się dziś długie spotkanie. Mamy wiele spraw do omówienia. Wszystko przez te ostatnie trudności w dalszej budowie kaplicy. Trzeba je jakoś rozwiązać. A wiesz przecież, że ilu ludzi, tyle zdań. Planuję najpierw spędzić czas na wspólnej modlitwie. Tylko Duch Święty może nas pogodzić w tej kwestii”.

„Jose, proszę, postaraj się nie wracać zbyt późno. Dzieci mają problem z zaśnięciem, kiedy nie ma cię w domu. Wszystko przez te ostatnie pogróżki partyzantów. Przypadkiem usłyszały, gdy mówiłam o nich z Angelicą i teraz się boją”.

„Dobrze kochanie, postaram się wrócić przed zmrokiem, choć nie mogę ci tego obiecać. Wiesz, jacy są mężczyźni w naszym kościele...” - Jose pogłaskał żonę po ciemnych, gładko zaczesanych włosach. „Daj mi jeszcze na drogę twoją wyśmienitą almojabanę* i uciekam”.

***

„Czy mogłabyś mi pomóc znaleźć niebieską nić? Będę jej potrzebować do przyszycia tego skrawka”.

„Oczywiście, Mary. Co to będzie?”

„Dom na farmie. To tam... stało się to wszystko”.

„Może chcesz zrobić sobie przerwę i wyjść na chwilę? Napić się kawy?”

„Nie... dziękuję. Dam radę. Tylko tak... tak ciężko wracać do tamtego dnia”.

„Rozumiem cię, Mary. Bardzo dobrze cię rozumiem”.

***

Spotkanie mężczyzn z kościoła zaczęło się tak, jak planował Jose: modlitwą. Głośno i żarliwie wołali do Boga. Podnosili w górę ręce, prosząc o mądrość i prowadzenie w sytuacji, kiedy budowa kaplicy nagle stanęła w miejscu, ponieważ wielu przestraszyło się przeciwników. Po zakończeniu modlitwy usiedli do rozmów.

„Dziękuję, że przyszliście wszyscy, a przede wszystkim dziękuję tobie, Arturo za przyjęcie nas w swoim mieszkaniu” - Jose z racji swojej pastorskiej funkcji zajął głos jako pierwszy.

„Nie ma za co. Proszę, częstujcie się lemoniadą” - gospodarz wskazał na wielki dzbanek wypełniony po brzegi kremowym sokiem z limonki i mleka kokosowego.

Zaczęli właśnie nalewać chłodny napój do szklanek, gdy dotarł do nich dochodzący z podwórza głośny kobiecy lament. Tknięci złym przeczuciem zerwali się z miejsc. Pierwszy przed dom wybiegł Arturo, za nim Jose, potem pozostali. Na podwórku zobaczyli rozpaczającą Conchitę, a za nią jej najstarszego syna - Juana. Chłopak, na widok mężczyzn wybiegających z domu, rzucił się w ich kierunku.

„Porwali moją siostrę! Porwali Catalinę!”

„Kto i kiedy?” - Jose złapał chłopaka za ramiona.

„Partyzanci! Wracała ze sklepu. Sąsiedzi widzieli. Mówili, że podeszło do niej dwóch i zaciągnęli ją do auta. Kazali ludziom powiedzieć, że czekają na starej farmie. Grożą, że jej coś zrobią, jeśli nie dostaną okupu. Chcą też, żebyście przestali zapraszać ludzi do kościoła”.

Wokół rozległy się wzburzone głosy.

„A więc spełnili swoje groźby”.

„Wiedziałem, że to się w końcu stanie!”.

„Bandyci! Co my im złego robimy?”

Żona Arturo, przywołana odgłosami z zewnątrz, natychmiast zajęła się płaczącą kobietą. Posadziła na ławce prawie omdlałą Conchitę i machnęła ręką w kierunku swoich dzieci, aby przyniosły coś do picia.

„Trzeba powiadomić policję!” - zawołała w kierunku mężczyzn.

„Nie!” - zareagował natychmiast chłopak. „Jak pójdziemy na policję, to reszta rebeliantów się na nas zemści!”

„A masz chłopcze jakiś inny pomysł? Przecież ani wy, ani my nie mamy pieniędzy na jakikolwiek okup”.

Zaczęła się głośna dyskusja, którą przerwała stanowcza decyzja Jose:

„Pójdziemy negocjować!”

Spojrzeli po sobie, zaskoczeni pomysłem pastora.

„Negocjować?! Z nimi się nie da rozmawiać, wiesz o tym. Poza tym mają broń i to jest ich podstawowy argument” - jeden z mężczyzn pokręcił głową, i podniósł do góry ręce pełnym zdenerwowania gestem. Reszta przytaknęła, zgadzając się z jego uwagą.

„Tak, mają, ale my mamy po swojej stronie Jezusa. To nam wystarczy” - Jose rozejrzał się po twarzach stojących dookoła mężczyzn.

Zapadła cisza. Wszyscy spuścili głowy.

„Pójdę z tobą” - milczenie przerwał Arturo.

„Skoro Bóg z nami...” - po chwili zgłosił się drugi ochotnik.

„W takim razie spróbujmy” - dwóch następnych stanęło obok Arturo i Jose.

Pozostali machnęli rękami na znak dezaprobaty.

***

„To była stara, zaniedbana farma. Rosło na niej dużo chwastów i trochę mangowców”.

„Tutaj jest dużo pustego miejsca. Może zrobisz jedno takie drzewo?”

„Tak, to dobry pomysł”.

„Jeśli chcesz, wytnę ci trochę owoców z pomarańczowego materiału. Będziesz mogła je potem doszyć”.

***

Pięciu mężczyzn zbliżało się do miejsca, w którym porywacze mieli przetrzymywać dziewczynkę. Szli blisko siebie, rozglądając się uważnie na boki. Zdawali sobie sprawę z tego, że w razie starcia z uzbrojonymi rebeliantami, nie mają żadnych szans. Znali ich niecierpliwość i bezwzględność. O finałach historii takich, jak dzisiejsza, opowiadano sobie w kościołach z przerażeniem.

Porwania dzieci, zabójstwa, pogróżki i zastraszanie, to trwające od lat działania rebelianckich bojówek skierowane przeciwko chrześcijanom. Kościół był im zawsze solą w oku, zwłaszcza wtedy, gdy zaczynał dzielić się wiarą z innymi. Na szczególne niebezpieczeństwo narażone były rodziny pastorów i ewangelistów. I niestety, nie mogli w tym wypadku liczyć na ochronę ze strony państwa, które nie dawało sobie rady z dobrze rozwiniętymi organizacjami przestępczymi w ich kraju.

O tym wszystkim rozmyślał Jose w drodze na farmę. Przez głowę przebiegło mu również pytanie: „A jeśli coś takiego spotka moje dziecko, albo żonę? Może jednak powinienem kazać im stąd wyjechać? Może na pewien czas zawieść ich do wuja, do Puerto Rondon?”. Postanowił, że zastanowi się nad tym później, kiedy wróci do domu. „A jeśli nie wrócisz? Jeżeli zginiesz? Zawróć, póki możesz. To nie twoja córka i nie twoja sprawa. Jesteś odpowiedzialny tylko za swoją rodzinę!”. Jose poczuł nagłe wątpliwości. Natychmiast jednak otrząsnął się z tych myśli. „Zostałem powołany na pastora, pasterza tych ludzi. Mam im służyć nie tylko zza kazalnicy, ale również poza nią. To moje zadanie!”. Przypomniał mu się fragment Ewangelii Jana „Ja jestem dobry pasterz. Dobry pasterz życie swoje kładzie za owce”. „Tak, Ty Panie jesteś wzorem pasterza. Pomóż mi nie okazać się najemnikiem w obliczu niebezpieczeństwa*” - zawołał bezgłośnie.

Nagle idący obok bracia zatrzymali się. Przed nimi zaczynał się teren starej farmy, otoczony chwastami i krzakami. Podeszli kilka kroków bliżej. Z prawej strony stał zniszczony budynek mieszkalny. Złuszczona farba wskazywała jeszcze gdzieniegdzie, że dawno temu pomalowano go na niebieski kolor.

„Nie musicie iść dalej. Jeżeli chcecie się wycofać, nie będę miał wam tego za złe” - Jose zwrócił się do towarzyszy.

Milcząco dali znak, że nie rezygnują.

„W takim razie ruszajmy, jednak pozwólcie, że pierwszy będę z nimi rozmawiał” - zaproponował pastor.

Zgodzili się.

Przed domem czekał na nich młody człowiek ze starym rewolwerem włożonym za pasek spodni i karabinem przewieszonym przez ramię. Stał, niedbale oparty o framugę obdrapanych wejściowych drzwi. Długim nożem odkrajał i wkładał sobie do ust kawałki dojrzałego mango.

„Wreszcie! Już mieliśmy zrezygnować z czekania na was” - przywitał nadchodzących i zawołał w głąb budynku: „Hector, mamy gości!”

***

„Już prawie gotowe. Brakuje tylko jednego”.

„Czego, Mary?”.

„Krwi”.

„Chwileczkę... Popatrz, używamy do tego takiego atłasu. Czy taki kawałek ci wystarczy?”

„Nie, to za mało. Wezmę większy”.

***

„Słuchaj mnie uważnie pastorku, bo mówię po raz ostatni: kombinujecie kasę, przynosicie ją nam, a potem zamykacie gęby i ten wasz kościół. Tyle. I nie mam zamiaru tracić z wami więcej czasu!” - Hector był starszy od chłopaka pilnującego budynku i tak, jak się obawiali - nie był człowiekiem, który idzie na ustępstwa. Jose starał się rozmawiać z nim najspokojniej, jak tylko było można, jednak widział, że porywacz traci cierpliwość. Palce Hectora zaciśnięte na pistolecie stawały się coraz bielsze, a usta z minuty na minutę mocniej ściągnięte w grymasie zniecierpliwienia.

Mimo to Jose stał ciągle w tym samym miejscu, patrząc mężczyźnie w oczy. Powoli jednak zaczynał wątpić w to, że uda się cokolwiek wskórać u tego przepełnionego nienawiścią człowieka. Bracia z kościoła również doszli do takiego samego wniosku, bo wycofali się krok do tyłu. Jose ostatni raz zawołał w myślach o pomoc: „Panie mój, nie wiem, jak z nimi rozmawiać. Pomóż mi, ze względu na to porwane dziecko!”. Po tej krótkiej modlitwie postanowił spróbować jeszcze raz.

„Proszę nam uwierzyć, że nie mamy takich pieniędzy, jakich żądacie. A co do głoszenia Ewangelii, chcemy tylko...”. Szamotanie, a potem strzał i krzyk z wnętrza budynku przerwały wypowiedź pastora.

Jose, wiedziony jakimś nagłym instynktem, zrobił dwa kroki w stronę wejścia do zrujnowanego domu. I naraz wszystko potoczyło się błyskawicznie. Pistolet Hectora wycelowany prosto w niego. Strzały. Gwałtowny, rozrywający ból. Jakaś nagła słabość i upadek w miękką trawę. Zaraz potem krzyki i odgłosy ucieczki.

Potem wszystko wokół jakby stanęło w miejscu. Jose leżał na wznak, a słońce świeciło mu prosto w oczy.

„Uciekli, nie goń ich” - usłyszał męski głos. Twarz przesłonił mu jakiś cień. Ktoś pochylił się nad nim.

„Pastorek dogorywa! Szybko, spadamy stąd młody”.

„A co z dziewuchą Hector? Bierzemy?”.

„Przestrzeliłeś jej nogę idioto. Zamierzasz ją ciągnąć za włosy, czy nosić na plecach? Zostawiamy dziewczynę i znikamy, bo tamci jeszcze kogoś sprowadzą”.

Cień znad twarzy Jose zniknął, a do jego uszu dotarł odgłos kolejnych, szybkich kroków. Został sam. Nie próbował się poruszyć, ani wstać. Patrzył tylko w bezchmurne niebo i myślał ze zdumieniem, że po raz pierwszy w życiu może spoglądać prosto w słońce.

„Dziwne...”

„Słońce nie będzie cię razić za dnia*” - dotarły do niego ciepłe i pełne miłości słowa. Znał je.

I zaraz potem świat dookoła niego zaczął się coraz bardziej oddalać. Cichł płacz dochodzący z wnętrza budynku, świergot ptaków, szum wiatru myszkującego w liściach mangowców... Wszystko zacierało się i odchodziło, wszystko oprócz tego czułego głosu, który stawał się coraz wyraźniejszy, coraz mocniejszy, coraz bliższy...

***

„Koniec”.

„Dobrze, Mary. Dziękuję, że chciałaś tu być razem z nami”.

„Ja też dziękuję i… cieszę się, że jesteście”.

„Mary?”

„Tak?”

„Wrócisz do nas jeszcze?”

„Tak. Myślę, że niedługo znów się spotkamy”.

„Przyjedź koniecznie”.

„Przyjadę... Na pewno”.


*almojabana - bułeczka

*Ja jestem dobry pasterz. Dobry pasterz życie swoje kładzie za owce. Najemnik, który nie jest pasterzem, do którego owce nie należą, widząc wilka nadchodzącego, porzuca owce i ucieka, a wilk porywa je i rozprasza, ponieważ jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. (Ewangelia Jana 10; 11 – 13)

* Słońce nie będzie cię razić za dnia, ani księżyc w nocy. (Psalm 121; 6)