Zmień język

Nasza witrynę odwiedziło od 30 sierpnia 2008r.

Jesteśmy na Facebooku!

Radio Pielgrzym na Facebooku!

Refleksja nt. muzyki w kościele Drukuj Email
Autor: Janusz Ciepliński / Olsztyn   
piątek, 12 września 2008 00:00

Muzyka, w szczególności muzyka wokalna - pieśni, od początku mocno związana była z zielonoświątkowym nurtem pobożności chrześcijańskiej. Pieśni, hymny, tworzone często podczas przebudzeń były nośnikiem szczególnego namaszczenia, stając się bożym narzędziem służącym uwielbieniu, ewangelizacji a nawet nauczaniu masowo nawracających się ludzi. Ich twórcy byli często ludźmi wielkiej wiary, wypróbowanymi w rozmaitych doświadczeniach. Napisane przez nich pieśni są z pewnością częścią naszego charyzmatycznego dziedzictwa.

 

Jak wszystkie elementy kultury, muzyka, także ta wykonywana podczas chrześcijańskich nabożeństw podlegała i podlega nieustannym zmianom. Wiele z nich jest efektem naturalnego biegu czasu i zmieniających się wzorców estetycznych oraz przyzwyczajeń i gustów ludzi wierzących.
Niestety wraz z ciągłym obniżaniem ogólnego poziomu kultury muzycznej, negatywne wpływy dotykają również muzyki czy pieśni wykonywanych w kościele. Ciągłe dążenie do upraszczania szaty dźwiękowej i słownej doprowadza do powolnego, acz stałego zubożania i infantylizacji muzycznej części nabożeństwa. Paradoksalnie muzyka zaczyna odgrywać coraz bardziej dominującą rolę i to zarówno pod względem proporcji czasowych jak i poziomu głośności, który tu i ówdzie zwyczajnie niszczy ludziom słuch. Wraz z dostępem do coraz lepszej i tańszej aparatury nagłośnieniowej wiele kaplic staje się świetnie wyposażonymi salami koncertowymi. O ile zjawisko to samo w sobie jest pozytywne, o tyle nieprofesjonalne, bezmyślne używanie sprzętu rodzi szereg przykrych konsekwencji.

Wiele osób nie rozumie też różnicy pomiędzy chrześcijańskim nabożeństwem a koncertem. W rezultacie grupa muzyczna zamiast usługiwać zborowi, pomagać w śpiewie, staje raczej w roli „koncertującego zespołu” przed zebraną na nabożeństwie „publicznością”. Niejednokrotnie rodzi to zakłopotanie i jednych i drugich. Bywa, że wprowadza się pewne pieśni, nie bacząc, że powstały z myślą o wykonywaniu solo i zwyczajnie nie nadają się do wspólnego śpiewu.
O ile żaden pastor nie pozwoli by miejsce za kazalnicą zajął ktoś przypadkowy, o tyle z łatwością decyzje o kształcie muzyki na nabożeństwie powierza się osobom niepowołanym, niedojrzałym, mającym muzyczne doświadczenia niemal wyłącznie ze starego życia. Nierzadko też, za instrumentem czy - co gorsza - mikserem, siadają osoby nie rozumiejące specyfiki nabożeństwa.

Dobór pieśni dokonywany jest często wg kryterium „przeboju”. A jak każdy przebój, tak i „przebój zborowy” opowiadać ma pewnym kryteriom, nie zawsze pożądanym z perspektywy bożego Słowa. Utwór taki odwołuje się niemal wyłącznie do emocji. Tekst pieśni ograniczona jest do kilku - nie zawsze dobrze przetłumaczonych - zdań, za to powtarzanych dziesiątki razy. Może to prowadzić do transowości - zjawiska od wieków wykorzystywanego w rozmaitych kultach i obrzędach, służącego do wprowadzania ludzi w stan duchowej euforii. Może się tak zdarzyć i zdarza się, że muzycy nieświadomi rzeczy manipulują innymi i sami ulegają manipulacji. W następstwie wiele osób nie rozumie, dlaczego wraz z końcem uwielbienia kończy się „duchowa atmosfera”. Nie wiedzą, że odpowiednio dobrana muzyka stymuluje CIAŁO równie skutecznie jak środki farmakologiczne. Prowadzi to do ciągłego wydłużania czasu „uwielbienia”, podnoszenia poziomu głośności, które wprowadzają zgromadzenie w pożądany stan emocjonalnego podekscytowania, interpretowanego jako działanie Ducha Świętego. Niestety ceną tego zjawiska coraz częściej są już tylko poruszające się ręce, ale nie umysły i sumienia. Być może ma tu miejsce zjawisko, które W.A. Tozer nazwał kultem „chrześcijańskiej rozrywki”.

Setki chrześcijan bardzo szybko poddają się temu zjawisku, wartościując uwielbienie wg. skrajnie subiektywnych kryteriów. Bywa, że pieśni mające większą ilość zwrotek, posiadające trudniejszą linię melodyczną, wymagające większego zaangażowania intelektu są eliminowane. Zaczynają być przez wierzących postrzegane jako nie duchowe, przestarzałe, obce. W taki sposób perły naszego muzycznego i duchowego dziedzictwa lądują w zborowych koszach. Oczywiście istota problemu wcale nie leży w konkurencji miedzy nowym i starym. Tak naprawdę nie chodzi również o styl dobieranych pieśni. Kluczowym problemem jest raczej o postawa serca, mentalność niektórych muzyków. Grupa uwielbiająca i jej liderzy w szczególny sposób winni mieć ducha pokory i usługiwania, który powinien przecież przenikać każdą kościelną służbę. a zwłaszcza muzyczną.
Niestety jakakolwiek polemika z opisanym stanem rzeczy bywa często postrzegana jako wsteczna, cielesna, „nie idąca z Duchem, który przecież ma dla nas „nowe rzeczy”. (tak jakby stare pieśni dla nowo nawróconego chrześcijanina nie mogły być nowe J).

***

Jako członkowie Missio Musica od lat śledzimy przemiany, jakim podlega muzyka w kościele. Współpracując ze zborami reprezentującymi różne nurty chrześcijaństwa ewangelikalnego wszędzie napotykamy na podobne zjawiska, widzimy także niepokojące owoce, o których sporo napisano powyżej. Wielu z nas, zajmując się muzyką zawodowo, będąc jednocześnie liderami uwielbiania, kaznodziejami, duszpasterzami czy pastorami, czuje się zainspirowanych przez Boga by wspierać Kościół w kształtowaniu i rozwoju służby muzycznej. Mimo narażania się na zarzuty bycia zbyt konserwatywnym, chcemy przeciwdziałać pewnym niepokojącym tendencjom. Mamy wszak już w Polsce pierwsze zbory, które z powodu muzyki stanęły na krawędzi rozłamu.