| Prowokacje muzyczne cz.1 |
|
|
| Autor: Bartek Pielak | |||
| wtorek, 24 lutego 2009 00:00 | |||
|
Od dawna zamierzałem zająć się tematem hymnów kościelnych. Stwierdziłem, że najwyższy czas przypomnieć skąd wziął się Śpiewnik Pielgrzyma i do czego służy. Na próbach grup muzycznych nie powinien on bynajmniej odgrywać roli podstawki pod kubki ani podpórki do klapy od pianina. W trakcie nabożeństw pieśń z tego śpiewnika - o ile w ogóle cudem jakimś się przytrafi - nie jest chwilą na poprawienie fryzury tudzież garderoby, wymianę najświeższych wieści z sąsiadem czy sąsiadką z ławki czy też (o zgrozo!) idealną okazją do sprawdzenia SMS-ów w komórce. Wygląda na to, że hymny nieuchronnie odchodzą - a może już odeszły - w niepamięć. Gdzieniegdzie w zborach niemrawo mruczy się jeszcze w trakcie kolekty Wszystko Tobie dziś oddaje (ŚP 220), ewentualnie Jak błogo wiedzieć (ŚP 299), jednak należy to traktować raczej jako ostatnie drgnienia konającej tradycji. No właśnie, tradycji - cóż za niewygodne słowo w zielonoświątkowym gronie. Nie jestem specjalistą od historii hymnów kościelnych - naszukawszy i naczytawszy się, wiem tylko, iż większość z nich pochodzi ze środowiska anglosaskiego i niemieckiego. Pisane i komponowane w niezliczonej ilości, stanowią muzyczną spuściznę pozostawioną przez wiele pokoleń ewangelicznie wierzących chrześcijan. Wśród autorów hymnów odnajdujemy nazwiska takie jak Marcin Luter, Jerzy Händel, Jan Sebastian Bach, Izaak Watts i Karol Wesley. Pieśni te, przetłumaczone na język polski dawno temu, w obecnych czasach trącą myszką i wzbudzają uśmieszek już w trakcie czytania samego tekstu. Nie zamierzam jednak zajmować się kwestią wprowadzenia odświeżonych językowo wersji. Zastanawiam się natomiast, dlaczego zbory tak szybko i łatwo odwróciły się od hymnów. Czyż nie powinniśmy być podobni do dobrego gospodarza, wyciągającego ze skarbca i nowe, i stare rzeczy (Mat. 13:52)? Często zarzuca się "pielgrzymom" archaiczność i monotonię, w ten sposób wykazując ich muzealność wobec żwawych i aktualnych pieśni współczesnych. Ośmielę się polemizować: wprawdzie nie wszystkie hymny nadają się do śpiewania w zborze, nie rozumiem jednak bezkrytycznego podejścia do tzw. Dzisiejszych utworów uwielbiających, którymi zalewają nas Hillsong, Vineyard, Hosanna Music i inne źródła produkujące muzykę praise & worship masowo i ultrakomercyjnie. Pieśni te wzbudzają we mnie coraz większą niechęć z następujących powodów:
Już słyszę złowrogi szept: "Czyżby brat Bartek Konserwatywny Pielak chciał namówić zielonoświątkowe zbory do zastąpienia refrenów hymnami? Toż to duchowy krok w tył!". Ależ wcale nie o to chodzi. Moim zdaniem, warto dbać o tę muzyczną schedę, pozostawioną nam przez minione pokolenia wierzących. Dla mnie samego to niesamowite uczucie śpiewać te same pieśni, które ileśset lat temu rozbrzmiewały w zborach po obu stronach oceanu. To mi uświadamia, że współcześni chrześcijanie nie są zawieszeni w próżni - tak jak przed nami byli wierzący, tak i po nas przyjdą następni; cóż piękniejszego możemy pozostawić po sobie, jak nie pieśni będące świadectwem wiary. Zresztą, większość hymnów ma piękne, głębokie i biblijne teksty - przetrwały wieki, bo inspirowały wierzących w różnych czasach i miejscach. Czy współczesny zborowy pop przetrwa dłużej niż kilka lat? Śmiem twierdzić, że nie. Większość z tych tzw. refrenów odejdzie w zapomnienie - tak jak łatwo wpadły w ucho, tak i z niego wypadną. A hymny? Przy odrobinie pomysłowości i muzycznej wrażliwości można je zagrać tak, by sprawić radość starszemu pokoleniu i nie zniechęcić młodszego. Naturalnie, tzw. refreny pozostaną głównymi utworami śpiewanymi na nabożeństwie, jednak wierzę, że śpiewanie hymnów - przy odpowiedniej postawie wewnętrznej, "nie z żalem lub z przymusu" (por. 2 Kor. 9:7) - może i powinno ubogacać wierzących tak samo, jak to czynią kompozycje współczesne. Artykuł opublikowany w numerze 1-2/2003 czasopisma "Chrześcijanin".
|


















