Nie mogę milczeć Drukuj Email
Autor: Donata Maliszak   
wtorek, 21 maja 2013 14:37

Gdy upadła, odruchowo schowała głowę między ramiona i skuliła pod siebie kolana, by ochronić brzuch. Kolejne uderzenie drewnianej pałki spadło na plecy. Było tak silne, że odebrało jej na chwilę oddech. Wymierzono je z całą nienawiścią, jaka wzbierała w nich od miesięcy, od kiedy zaczęła otwarcie mówić:

„Jezus mnie uzdrowił. To On jest prawdziwym Bogiem i Zbawicielem!”.

Oczekiwała następnego ciosu, ale uniesiona ręka cofnęła się, ponieważ ktoś przepchnął się między otaczającymi ją mężczyznami i nagle usłyszała dobrze znany głos. Głos, który ją pocieszał, kiedy w wieku 5 lat przewróciła się i głęboko rozcięła dłoń o potłuczoną butelkę; głos, który wołał ją na pyszną, słodką chałwę; głos, który uczył jak prawidłowo zgnieść i uprażyć zielone strączki kardamonu i ile przyprawy dodać, by słodki dahl był idealny w smaku. Teraz ten sam głos wykrzyczał jej do krwawiącego ucha:

„Masz ostatnią szansę! Wyrzeknij się tej swojej pogańskiej wiary, albo wybijemy ci ją z głowy na zawsze!”.

To był głos jej matki.

***

Latifa była ich drugą córką. Szczupła, dość wysoka, ale nie za bardzo. Skórę miała odrobinę za ciemną, aby w Indiach stanowić naprawdę dobrą partię, ale nadrabiała to miłym i spokojnym usposobieniem, więc nie spodziewano się większych trudności ze znalezieniem dla niej męża. Ojciec miał już na widoku odpowiedniego kandydata i liczył na to, że niebawem córka opuści dom rodzinny. Nagła choroba Latify stanęła na przekór ich planom.

Mogliby ukrywać jej niedomagania, jednak już na pierwszy rzut oka było widać, że z dziewczyną jest coś nie tak. Oczy zapadły się w jej szczupłej twarzy i okalały je coraz ciemniejsze obwódki, na które nie pomagał już nawet okład nasączony sokiem ze świeżo wyciśniętych liści mięty. Podczas najprostszych prac domowych szybko się męczyła i musiała siadać, aby złapać oddech. A kiedy zakręciło jej się w głowie, na której niosła kosz pełen warzyw i wysypała całą zawartość na ziemię, matka zrozumiała, że córka rzeczywiście może mieć problem z zamążpójściem.

Z tygodnia na tydzień było coraz gorzej. Do niczego się już nie nadawała. Nawet zamiecenie korytarza było pracą ponad jej siły. Co robić dalej z takim ciężarem w rodzinie? Nieustępująca choroba córki zaczęła stanowić naprawdę poważny kłopot.

***

Pewnego dnia wysłali ją, aby przyniosła warzyw z odległego od domu pola. Zbliżały się godziny największego upału. Wiedziała, że nie zdąży wrócić zanim gorące, bengalskie słońce stanie w zenicie. Mijała mieszkania z pootwieranymi szeroko oknami i drzwiami, w których jedynie kotary chroniły teraz prywatność. W uszach jej szumiało, a głowa ciążyła tak, jakby wypełniono ją jakimiś ciężkimi kamieniami. Nie mogła iść dalej. Oparła się o najbliższą ścianę. Wydawało się jej, że zapada się w jakąś ciemną i głęboką przepaść.

Gdy z wysiłkiem otworzyła oczy zobaczyła nad sobą zamgloną postać i jakby z oddali, dotarło do niej pytanie:

„Możesz iść?”.

Nie odpowiedziała. Jakieś ręce chwyciły ją mocno pod ramionami i uniosły w górę. Gdzieś ją prowadzono. Szła, powłócząc nogami. Potem znowu wszystko dookoła spowiła mgła...

***

Troskliwa dłoń dotykała jej mokrego od potu czoła. Zaraz potem Latifa poczuła na nim kolejny, zimny okład i ulgę jaką przynosił. Powoli odwracała głowę, aby rozejrzeć się po pomieszczeniu. Znowu musiała chwilę szukać w pamięci informacji: gdzie się znajduje i kim jest ta kobieta z zatroskanym spojrzeniem w niespotykanych, zielonych oczach.

Tak, już sobie przypomniała: to ona zabrała ją z ulicy, prawie zemdloną, do swojego domu. Latifa nie sprzeciwiała się nieznajomej, zresztą nie wystarczyłoby jej na to siły. Poza tym, nie miała dokąd pójść. Rodzice coraz mocniej dawali jej odczuć, jaką kulą u nogi jest córka, u której nie widać perspektyw na wyjście za mąż i rozpoczęcie, wreszcie, samodzielnego życia. Dom rodzinny przestał być miejscem schronienia. Miała pewność, że ani matka, ani ojciec nie będą się zamartwiali, gdy zniknie z ich życia.

„Jak ona ma na imię... ?”, zastanawiała się chora, wodząc wzrokiem za swoją opiekunką krzątającą się teraz przy kuchni. „Wiem już, Aimazan”.

Aimazan nie była muzułmanką. To Latifa zauważyła szybko. Na niskim stoliku leżała Biblia. Kobieta często czytała tę Księgę. Znudzona bezczynnością Latifa poprosiła pewnego dnia:

„Czy możesz mi też poczytać?”.

Aimazan zgodziła się chętnie i z widoczną radością.

Chrześcijanka dwa razy w tygodniu wychodziła na spotkania w kościele. Zostawiała wtedy swoją podopieczną zaopatrzoną w dzbanek zimnej, słodkiej herbaty z mlekiem i wszystkie potrzebne jej w chorobie, przedmioty. Miała je na wyciagnięcie ręki. Nikt nigdy nie troszczył się o Latifę w taki sposób.

„Chcę pójść z tobą na spotkanie chrześcijan”, powiedziała do Aimazan pewnego dnia.

„Masz tyle siły?”, zapytała gospodyni, przypatrując się wychudzonej twarzy dziewczyny.

„Nie wiem, ale chcę spróbować”.

Droga wydawała się nie mieć końca. Serce Latify biło szybko z wysiłku, ale i niepokoju przed nieznanym. Kilka razy musiała prosić Aimazan o odpoczynek w cieniu jakiegoś budynku lub drzewa. Z tego, co się działo, kiedy już dotarły na miejsce pamiętała potem niewiele. Wiedziała jedynie, że podczas wspólnej modlitwy zgromadzonych tam ludzi, wyszła na środek podtrzymywana przez swoją opiekunkę, że położono jej rękę na głowie, i że Bóg chrześcijan również położył na niej swoją dłoń. Wracała odmieniona. Tego przedpołudnia zaczęło się jej nowe życie.

Od tej pory, z każdym dniem utracone siły wracały. Zaczęła wstawać rankiem, jeszcze zanim przebudziła się Aimazan: zamiatała, robiła herbatę, przygotowywała śniadanie i uczyła się modlić do Tego, który ją przygarnął i uzdrowił schorowane ciało i duszę.

Nie mogła nie mówić o tym co jej się przytrafiło. Nie mogła milczeć.

„Latifa, to ty? Dobrze wyglądasz!”, mówiły napotkane sąsiadki rodziców.

„Jezus mnie uzdrowił”, odpowiadała niezmiennie każdemu kogo spotkała.

I wtedy się zaczęło: szyderstwa, pogróżki, wyzwiska ze strony muzułmańskich mieszkańców wioski. Ma przestać mówić w ten sposób! Nakazują jej milczeć o tym, co ją spotkało! Ma natychmiast powrócić do jedynej, prawdziwej wiary: islamu!

Do rodzinnego domu nie miała już wstępu. Pomimo że odzyskała siły i mogła znów pracować - rodzice nie chcieli jej znać. Teraz była winna zdrady. Splamiła honor rodziny. To niewybaczalne przestępstwo, które musi zostać ukarane! Ojciec z matką zaczęli podburzać przeciwko niej i innym chrześcijanom, tutejszą społeczność. Życie stało się niebezpieczne.

***

„Słyszysz mnie?!” - głos matki zabrzmiał jeszcze raz nad piekącym z bólu uchem leżącej w ulicznym piasku dziewczyny. Latifa skuliła się w siebie jeszcze bardziej.

„Tak, słyszę” - odpowiedziała cicho. Nie patrzyła do góry, na otaczających ją ludzi, ale czuła dobrze ich złość. Wiedziała, że gdzieś tu stoi również jej ojciec. Szedł przecież na przedzie rozjuszonego tłumu trzymając w rękach długi, solidny kij. Szedł, aby spełnić swoją powinność wobec nieposłusznego dziecka.

„Więc, co mi odpowiesz?!” - matka potrząsnęła mocno ramieniem Latify.

Córka, odwróciła głowę w jej kierunku i powiedziała głośno i odważnie, jak nigdy w życiu:

„Odpowiem: śmiało, bijcie mnie, rodziców mogę porzucić, ale Jezusa nigdy. To On mnie uzdrowił i będę to zawsze głosić. Nie mogę o tym zapomnieć”.

Grad uderzeń spadł na jej skulone ciało. Latifa bez słowa przyjmowała karę wymierzaną przez ojca i sąsiadów. Bezlitosne ciosy spadały tak długo, dopóki zaciśnięte wokół głowy ręce nie opadły bezwładnie na boki. Latifa straciła przytomność.

Nie zobaczyła tego, jak tłum opuszcza wzniesione przed chwilą kije. Jak mężczyźni wycierają spocone czoła i dłonie. Jak ojciec i matka, nie oglądając się za siebie, pośpiesznym krokiem odchodzą w kierunku domu. Nie czuła zimnego nosa wyliniałego psa, który po rozejściu się ludzi, wyłonił się zza rogu budynku i chwilę węszył przy leżącej na ziemi zakrwawionej kobiecie.

Czyjeś ciekawskie oko, przyglądające się dotąd przez szparę wydarzeniom rozgrywającym się pod domem cofnęło się w głąb mieszkania, a ręce zdecydowanie zasunęły kotarę. Na ulicy zapanował spokój. Z szeroko otwartych okien dochodziły odgłosy codziennej krzątaniny. Jakieś dziecko wołało matkę. Kilka domów dalej zagdakały zaniepokojone czymś kury.

I już tylko znękane ciało Latify, leżące na drodze tej niedużej, bengalskiej wioski, świadczyło o tym, że nie był to zwyczajny dzień, że wydarzyło się tutaj coś, o czym nie można milczeć.

***

W Zachodnim Bengalu żyje 25,2% muzułmanów. Trzy czwarte populacji to hinduiści. Zaledwie 0,6% społeczeństwa to chrześcijanie.

Chrześcijanie są tam zastraszani, obrażani oraz bici, a ich mienie jest niszczone przez ekstremistów islamskich.

„Życie stało się trudne. Jest nam wszystkim ciężko. Społeczny bojkot jest odczuwalny, bolesny i skuteczny, rujnuje chrześcijan materialnie” - mówi jeden z lokalnych liderów chrześcijańskich.

Latifa jest jedną z wielu ofiar prześladowań ze strony muzułmańskich ekstremistów w tamtym rejonie kraju. Obecnie młoda kobieta ukrywa się przed zemstą ze strony swoich najbliższych.