Dobra Szafarka Drukuj Email
Autor: Donata Maliszak   
sobota, 09 marca 2013 00:00

Jeden, dwa, trzy... siedem. Siedem schodów prowadzących z jej mieszkania do wyjścia z klatki schodowej pokonuje wolno i ostrożnie. Nie puszcza poręczy. Dobrze pamięta, jak kiedyś zwichnęła nogę schodząc bez zabezpieczenia. Miała wtedy obie ręce zajęte: w jednej śmieci, a w drugiej torebkę na zakupy. Zwichnięta kostka długo się goiła i unieruchomiła ją na trzy tygodnie. Trzy niedzielne przedpołudnia spędzone w domu, zamiast na nabożeństwie! Jak okropnie dłużył się jej wtedy czas.

Teraz jest mądrzejsza: jedną rękę trzeba mieć zawsze wolną, aby można było się czegoś przytrzymać.

Każdego ranka wychodzi po bułki. Zawsze dwie. W sobotę cztery. Jak to dobrze, że sklepik jest tak blisko, że nie musi przechodzić przez ulice pełne pędzących, w zawrotnym tempie, samochodów. Dziękuje więc Bogu za ten mały sklep, w którym może kupić wszystko, co jest jej potrzebne.

Dzisiaj jest piękny, wiosenny dzień. Taki, jakie często zdarzają się w maju. Mijając okna swego mieszkania, spogląda w górę, a jasne promienie słońca padające na szyby ujawniają zabrudzenia zebrane na nich od ostatniego mycia. Zawsze lubiła mieć idealnie umyte okna. Kiedyś czyściła je dwa razy w miesiącu, a gdy tego wymagały - częściej. Teraz musi poczekać, aż przyjedzie któryś z wnuków i wykona to za nią. Och, jak trudno jest się pogodzić z myślą, że nie może już tego robić sama.

Próbowała niedawno powycierać uliczny kurz osiadający uparcie na ramach okiennych i parapetach, ale okazało się to zbyt męczące. Następnego dnia ciężko było ruszyć ręką, by sięgnąć po Biblię, podnieść czajnik albo po prostu założyć rajstopy. A jeszcze - nie daj Panie Boże! - gdyby się przy tym przeziębiła! Wtedy kolejna niedziela w łóżku. O nie! Siły trzeba mądrze rozłożyć, gdy się ma 85 lat!

I próbuje mądrze szafować tymi niewielkimi zasobami, jakimi jeszcze dysponuje.

Kilka przecznic od jej domu jest park. Jeszcze dwa lata temu chodziła tam na spacery, parę razy w tygodniu. Lubiła siedzieć na ławce, w cieniu drzewa i przypatrywać bawiącym się dzieciom, psom, młodzieży jeżdżącej na wrotkach. Kupowała ziarna dla ptaków i orzechy dla wiewiórek.

Chociaż najczęściej spędzała ten czas w pojedynkę, nigdy nie czuła się samotna. Pan Jezus, któremu służyła od lat, pozwalał jej zawsze odczuć Swą obecność. Podziwiała Jego wielkość i mądrość we wszystkim, co ją otaczało: rozłożystych liściach kasztanowców zapewniających przyjemny cień nad jej głową; zwiewnych dmuchawcach – szczególnie kochanych przez dzieci goniące ich delikatne, unoszone podmuchami wiatru nasionka; rudych wiewiórkach, szybkimi skokami zeskakujących z drzewa na widok przysmaków przynoszonych im przez ludzi.

Ale pewnego razu, po jednym z takich długich, sobotnich spacerów, nie miała sił, żeby następnego ranka wstać i udać się do kaplicy. Obolałe i spuchnięte nogi za nic nie chciały się wcisnąć do butów. Ach, jaka była wtedy zła na siebie i na starość, która - kiedyś z każdym rokiem, miesiącem, a teraz dniem - ograniczała ją coraz dotkliwiej. Nie może już nawet klęknąć do modlitwy! Chociaż właściwie: może! Tylko jak potem się podniesie? - uśmiechnęła się gorzko do siebie.

Usiadła potem przy stole i spojrzała na kuchenny zegar – prezent urodzinowy od córki.

„Teraz pastor pewnie rozpoczyna kazanie”.

Poprawiła widoczne tylko dla niej nierówności kwiecistego obrusu i rozpoczęła rozmowę ze swoim Panem. Pożaliła się na niedogodności, jakie niesie ze sobą jej wiek, na częste zawroty głowy, ból w lewym łokciu, zadyszki - nawet po przejściu z kuchni do pokoju i na to, że dziś musiała pozostać w domu, zamiast spotkać się z siostrami i braćmi, słuchać nauczania, modlić i śpiewać ze wszystkimi.

„Musisz lepiej rozkładać swe siły moja córko, a ja będę cię w tym wspierał” - usłyszała w odpowiedzi.

Przemyślała te słowa dokładnie. Wzdychając nad kolejnymi ulubionymi zajęciami, z których musi zrezygnować, pokonana starością, pozostawiła jedno, najważniejsze, najbardziej cenne: udział w niedzielnych nabożeństwach.

***

Jeden, dwa, trzy… siedem. Aż tyle stopni trzeba pokonać, aby zejść na dół, łapiąc się z jednej strony poręczy, a z drugiej będąc podtrzymywanym przez żonę pastora. Potem kolejna przeszkoda: niskie siedzenie w ich samochodzie. Trzeba się porządnie nagimnastykować, żeby tam wsiąść (autobusy były o wiele wygodniejsze pod tym względem). Dwadzieścia minut jazdy i nareszcie jest w kaplicy! Do rozpoczęcia zostało jeszcze dziesięć minut. Rozgląda się, po prawie pustej jeszcze, sali.

„Ech, ci młodzi, jak zwykle przyjdą na ostatnią chwilę...”.

Siada blisko kazalnicy, żeby nie uronić nic z głoszonego Słowa.

„Panie Boże błogosław tę siostrę, która uszyła i przyniosła tutaj te miękkie poduszki do siedzenia dla starszych osób”.

Nabożeństwo rozpoczyna się jednym z jej ulubionych hymnów „Cudowna Boża Łaska ta...”. Śpiewa razem ze wszystkimi. Mocno, z całego serca, chociaż jej wysłużony głos jest ledwie słyszalny nawet dla sąsiada z ławki. Jednak Ten, do którego kieruje swoją pieśń, słyszy ją doskonale.

„Jak dobrze, że zachowywałam siły przez cały tydzień. Twoja rada jest jak zawsze najlepsza, mój Panie”.

Uśmiecha się lekko do siebie. Niebawem nadejdą dni, kiedy nie będzie musiała oszczędzać swych sił ani liczyć dni do niedzielnego spotkania świętych. Jeszcze trochę i nigdy nie opuści świątyni Pańskiej. Zostanie na zawsze w Jego obecności, śpiewając najpiękniejsze pieśni i psalmy czystym i donośnym głosem.