Absalomie, Absalomie! Drukuj Email
Autor: Jeremiasz   
środa, 10 sierpnia 2011 01:00

Absalomie, Absalomie! – krzyczy król przez łzy. Głos grzęźnie w gardle, w oczach już prawie nie ma łez, a w płucach sił, by wołać dalej.

Zginął królewski syn. Ukochany. Przystojny i towarzyski. Mąż i ojciec. Gospodarz i hodowca owiec. Absalom.

Teraz już nie ma znaczenia, że wiele lat życia syna życie rodzinne nie było sielanką. Mściwy i niewyrozumiały w brutalny sposób odniósł się do rodzinnych nieporozumień. Nie bał się przelać krwi. A w końcu zechciał udowodnić ojcu, że jego aspiracje są znacznie wyższe i bez skrupułów sięgnął po królewską władzę, wypędzając ojca z królewskiego pałacu, zniewalając jego żony, zabijając wiernych współpracowników. Oczywiście, wypędzony ojciec chciałby przemówić nieco do rozsądku syna i liczył się z tym, że zarządzone zabiegi dla synalka będą bolesne. Jednak nawet rozdarte serce ojca nie pragnie śmierci syna.Trzy włócznie, wbite w pierś syna tę śmierć jednak spowodowały. Dlatego też szlocha król, a wiatr niesie ochrypłe już okrzyki: Absalomie, Absalomie!

Nieszczególnie pozytywne wydaje się wzbudzać uczucia w wyobraźni czytelnika ta postać. Mimo, że to piękny mężczyzna o niespotykanej fryzurze, jest mściwym, żądnym krwi, pewnym siebie wojownikiem, który do celu dojdzie po trupach, nawet, gdyby były to trupy jego bliskich.Jest jednak pewna cecha, która sprawia, że spogląda się na niego czasem nieco cieplej.

Zwykł też był Absalom od wczesnego rana stawać na drodze przy bramie, a ilekroć jakiś człowiek miał sprawę sporną do rozstrzygnięcia na sądzie przez króla. Absalom przywoływał go do siebie i mawiał: Z którego miasta jesteś? A gdy ten odpowiadał: Z tego a tego plemienia izraelskiego jest twój sługa, wtedy Absalom mawiał do niego: Patrz! Twoja sprawa jest dobra i słuszna, ale nie ma u króla nikogo, kto by cię wysłuchał. Mawiał jeszcze Absalom: Gdyby to mnie ustanowiono sędzią w tej ziemi i gdyby do mnie przychodził każdy, kto ma sprawę sporną do rozstrzygnięcia, to wymierzyłbym mu sprawiedliwość.Gdy zaś ktoś podchodził do niego, aby mu się pokłonić, on wyciągał do niego rękę, brał go w objęcia i całował. Tak postępował Absalom z każdym Izraelitą, który szedł do króla na sąd, i pozyskiwał sobie serca mężów izraelskich. (2Sm 15, 2 – 6)

W czasie opisanym powyżej królewską władzę pełni ojciec Absaloma, Dawid. Mąż według Bożego serca. Wierny, doświadczony Boży człowiek. Potężny władca, który za młodu, będąc nastolatkiem, nie bał się stanąć oko w oko z olbrzymem. Od pewnego czasu jest królem, uznanym przez ludzi. W takim kontekście dziwi nieco postawa jego, dojrzałego już syna.

Podczas, gdy ojciec w pobliskim pałacu podejmuje trudne decyzje, dokonuje przeglądu wojska, dzieli łupy, ucztuje lub śpiewa Bogu psalmy, syn oddaje się czynnościom nieco dziwnym. Znalazł sobie miejsce przy bramie i obserwował ludzi, którzy, czasem z daleka, przybywali do króla, aby ten podjął decyzję w ich spornych sprawach. Skłóceni z sobą nawzajem, rozdarci, zmęczeni ciągłą walką ludzie w miejscu, w którym mieszkali, nie znaleźli nikogo, kto pomógłby im zakończyć sprawę trwającą być może od pokoleń. Po kilkudniowej podróży przez pustynię dowiadują się od poznanego tam człowieka, że w środowisku królewskim nikt nie jest w stanie wysłuchać jego zwierzeń i podjąć decyzji w jego sprawie.

Czym były słowa Absaloma? Gorzką prawdą? Oszczerstwem?

Znając jego życiorys oraz tragiczny koniec mogłoby się wydawać, że postępowanie Absaloma wobec petentów gabinetu królewskiego jest oszukańczą intrygą, dzięki której nieuczciwe zamiary jej autora pozwolą na osiągnięcie upragnionego celu. Ukoronowana popularność.

Dramatyczne w skutkach powodzenie tego planu pozwala jednak na wyciągnięcie wniosku oskarżającego o współudział w zbrodni… czcigodnego Dawida. Mąż według Bożego serca nie we wszystkim był doskonały. Miał słabe strony, które wykorzystała i haniebnie obnażyła synowska intryga.

Mocnych stron króla Dawida zbyt drobiazgowo przybliżać nie trzeba. Nienaganny wygląd, dobre wychowanie, talent muzyczny i literacki, odwaga, umiejętność strategicznego myślenia, skromność, ufność wobec Boga  przegrały w tej grze sromotnie z brakiem wyrozumiałości wobec podwładnych i żenującą wręcz nieumiejętnością nawiązania z nimi kontaktu. A przynajmniej z tymi, którzy tego kontaktu potrzebowali najbardziej.

Otoczył się król Dawid orszakiem wspaniałych ludzi: dobrych doradców, odważnych wodzów wojsk, zaangażowanych kapłanów, oddanych przyjaciół. W orszaku jego zabrakło miejsca dla… ministra do spaw kontaktu z obywatelami.

Nie wysłał król Dawid do biura przy bramie miejskiej zaufanego człowieka, który zdrożonych wędrowców, niosących do stolicy nadzieję na rozwiązanie problemów, powitałby w imieniu króla, który zapytałby ich o miejsce, skąd przybywają, potrzebę, z którą przychodzą, który zapewniłby ich o tym, że król lub wyznaczony urzędnik jest w stanie tę sprawę rozwiązać. Takiej zaufanej osoby król z pewnością nie musiałby długo szukać – przecież najlepszą osobą do realizacji takich zadań byłby jego wspaniały, utalentowany, ambitny syn. Absalom we własnej osobie. Tak uhonorowany przez króla prawdopodobnie nie wykorzystałby ojcowskiej niedomogi do realizowania swoich chorych zamiarów. A król, wzywając syna do raportu, z pewnością użyłby jego imienia i zawołał „Absalomie!”. Intonacja byłaby z pewnością nieco inna, niż wtedy, na wygnaniu…

U progu drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku po narodzeniu Chrystusa również wydaje się, że rozlega się podobne wołanie. Rzeka ludzi, którzy niosą swoje problemy, nie wiedząc nawet dobrze, do kogo się udać, stała się jeszcze bardziej wartka i rwąca. Porywa innych, niszcząc przede wszystkim relacje. Nadwyrężone małżeńskie więzy, trudne rodzicielstwo, jeszcze trudniejsze dzieciństwo, dramatyczna młodość, samotna starość. Praca pod presją, wypoczynek pod obciążeniem, sen pod telefonem. Rozlega się wołanie „Absalomie, Absalomie!”

Król jest tym razem doskonały, nie wykazuje żadnych braków ani słabości. I dlatego woła Absaloma, aby ten przestał wreszcie zajmować się przekonywaniem siebie o własnych racjach.

Dobrze byłoby, aby współczesny Absalom włożył spodnie z dużymi kieszeniami – przecież trzeba gdzieś schować własne racje i interesy, aby nie uciekły zbyt szybko. Mógłby stanąć w bramie (przed wejściem do Zboru) i obserwując strumień zmęczonych czasem ludzi, zapytać ich, co z sobą przynoszą. Zadać pytanie, które będzie nieco bardziej rozwinięte niż zwyczajowe „jak leci?” Objąć niektórych i ucałować, jak to działo się przy bramie miasta przed tysiącami laty. Wszystkich zaś przekonywać, że istnieje Ktoś, kto jest w stanie nie tylko ich wysłuchać, lecz także na ich pytania odpowiedzieć.

Czy możliwe jest w dzisiejszych czasach spotkanie takiego Absaloma?


Podziel się z autorem opinią o artykule pisząc na adres:  Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.